Anna Maria Buczek: niebezpiecznie też bywa
Swieta, którą gra Anna Maria Buczek, jest najbardziej doświadczona życiowo (fot. K. Wellman)

– Złych i dobrych ludzi spotkamy tu i wśród Polaków, i wśród Ukraińców. Nie ma schematycznego podziału na czarne i białe. W ogóle widzowie spotkają tu bogatą mieszankę charakterów i osobowości – mówi Anna Maria Buczek, grająca Swietłanę w serialu „Dziewczyny ze Lwowa”.

Co można powiedzieć o Swietłanie?

– Jest zwykłą ukraińską młodą kobietą, jakich wiele, pracującą w Polsce, która z różnych powodów stwarza jej znacznie lepsze warunki życiowe i zarobkowe. Jednak Swietłana nie pracuje tylko dla siebie, bo we Lwowie ma dzieci i to przede wszystkim dla nich zdecydowała się na przyjazd do Polski. Tam nie tylko straciła pracę, ale nawet gdy pracowała, nie wystarczało to na godne życie. Wydaje mi się, że z tego powodu Swietłana jest najdojrzalsza życiowo z całej czwórki, najbardziej realistycznie patrzy na życie.

Lwowskie dziewczyny pracują na czarno. W takiej sytuacji nietrudno o upokorzenia…

– Toteż zdarzają im się takie sytuacje i niebezpieczeństwa. Starszy pan Henryk, grany przez Mariana Dziędziela, u którego wynajmują wspólny pokój w zrujnowanej kamienicy, funkcjonuje, jak się okaże, w kolizji z prawem, co w oczywisty sposób i dla dziewczyn stwarza zagrożenie, jako że i one są na „nielegalu”.

W Polsce jest relatywnie bardzo dużo Ukraińców, którzy napłynęli tu po wybuchu konfliktu z Rosją. Czy prywatnie ma Pani jakieś wyobrażenia o nich?

– W gronie swoich znajomych mam kogoś tego pochodzenia i mój osobisty punkt widzenia jest pozytywny. Wiem, że istnieją rozmaite wyobrażenia o Ukraińcach, często negatywne, wynikające z historii, ale moje doświadczenia tego nie potwierdzają. Dlatego dobrze, że w serialu podziały charakterologiczne idą w poprzek narodowości, a czasem i w poprzek konkretnych ludzi. Złych i dobrych spotkamy tu i wśród Polaków, i wśród Ukraińców. Nie ma schematycznego podziału na czarne i białe. W ogóle widzowie spotkają tu bogatą mieszankę charakterów i osobowości.

Czy w scenach lwowskich, kręconych w Przemyślu, brała Pani udział?

– Nie, nie było tego w scenariuszu. Moje sceny są tylko polskie. Właśnie oddzielenie od rodziny jest istotnym motywem postaci Swietłany.

Wrażenia z pracy na planie…

– Na zakończenie zdjęć mogę tylko potwierdzić wrażenie z pierwszych dni. Profesjonalna i przyjazna, bardzo koleżeńska atmosfera ekipy Wojciecha Adamczyka, dobra współpraca w gronie aktorskim, w którym obok wykonawców młodego pokolenia, jak ja, byli też mistrzowie starszej generacji, pani Marta Lipińska i pan Stanisław Brejdygant, którzy poza sztuką aktorską wnieśli też bogatą wiedzę o życiu.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński

reklama