Stanisław Brejdygant: człowiek trochę tajemniczy
Stanisław Brejdygant zagrał rolę Profesora (fot. K. Wellman)

– W moim profesorze budzi się instynkt opiekuńczy i stara się pomóc młodej ukraińskiej skrzypaczce, która straciła pracę w ojczyźnie – mówi Stanisław Brejdygant – Profesor.

Zacznijmy od kilku rysów granej przez Pana postaci….

– To profesor muzyki, stary już człowiek, niepełnosprawny fizycznie, mieszkający we własnej willi. Człowiek trochę tajemniczy, trochę mroczny i apodyktyczny. Ma syna, do którego żywi pretensje o to, że ten zamiast zostać artystą, zdecydował się na karierę w biznesie. To dość nietypowa postawa, bo częściej bywa chyba odwrotnie. Rodzice raczej przestrzegają dzieci przed wyborem niepewnej drogi artysty.

Los styka profesora z młodą Ukrainką Uljaną, skrzypaczką, która straciła pracę w filharmonii w rodzinnym Lwowie…

– Tak, a w profesorze budzi się instynkt opiekuńczy i stara się jej pomóc. Czy im się uda, widzowie przekonają się przed telewizorem.

Jaki jest Pana pogląd na falę imigracyjną Ukraińców do Polski?

– Uważam to za zjawisko dobre, choć wynika z trudnych okoliczności zagrożeń na bliskim nam wschodzie. Ja osobiście jestem autentycznym zwolennikiem imigracji, bo jednolitość narodowościową Polski uważam za jej mankament. Jesteśmy jednym z najbardziej zamkniętych społeczeństw europejskich. Dlatego, choć wiem, że mogę się niektórym narazić, to uważam, że także imigracja z Afryki i Azji, mimo związanych z nią niebezpieczeństw stwarza szansę na pewne rozrzedzenie naszej polskiej monokultury etnicznej. Sporo lat spędziłem za granicą, między innymi we Włoszech i w wieloetnicznej Kanadzie i uważam to za wartość. Sam mam zresztą żonę Azjatkę. A wracając do Ukraińców, warto zwrócić uwagę, że są nam oni przecież bardzo bliscy etnicznie i kulturowo, chłonni na Europę, którą przecież w końcu u nas znaleźli, więc nie będzie żadnych problemów z asymilacją.

Jest Pan artystą o ogromnym, wszechstronnym, wieloletnim dorobku, nie tylko aktorem, ale także reżyserem, scenarzystą, dramaturgiem, prozaikiem. Ma Pan na koncie w sumie setki ról teatralnych, filmowych telewizyjnych w teatrze i serialach. Czy jeszcze czerpie Pan satysfakcję z grania?

– Gdybym nie czerpał, nie przyjmowałbym propozycji. To raczej nie może się znudzić, bo w każdym okresie życia gramy zupełnie inne role. Kiedyś grywałem chłopców, teraz grywam godnych purpuratów, jak niedawno w „Drogówce”. A że mimo to granie mi nie wystarcza za wszystko, więc jak pan zauważył, zajmuję się dość bogatą paletą twórczą.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński

reklama